< > wszystkie blogi

Wyrywki z kultury i rozrywki

Przeczytane, obejrzane, podsłuchane

Wszystko to zrobiłem bez Ciebie

30 maja 2017
GERALD DURRELL DO LEE McGEORGE
31 lipca 1978

Gerald Durrell i Lee McGeorge poznali się w 1977 roku, kiedy Durrell, szanowany ekolog i pisarz, wygłaszał wykład na Duke University w Karolinie Północnej, gdzie młodsza od niego o dwadzieścia cztery lata Lee robiła doktorat. Obszar jej zainteresowań, czyli zachowania zwierząt, zapewnił im dwojgu wiele tematów do dyskusji i natychmiast ich do siebie zbliżył: dwa lata później byli już po ślubie. Do czasu śmierci Durrella w 1995 roku małżonkowie podróżowali wspólnie po całym świecie w ramach wielu ekspedycji i napisali razem dwie książki: A Practical Guide for Amateur Naturalist (Praktyczny przewodnik dla początkujących przyrodników) oraz Durrell in Russia (Durrell w Rosji).

W 1978 roku, dwanaście miesięcy po tym, jak spotkali się po raz pierwszy Durrell napisał do swojej przyszłej żony ten miłosny list.

vvv

Moja kochana McGeorge,
powiedziałaś kiedyś, że myśli są bardziej przejrzyste, kiedy się je zapisze. A zatem przesyłam Ci ten bardzo nudny list, w którym spróbuję zapisać wszystko, co będziesz mogła później wielokrotnie przeczytać, przerażona szaleństwem, które Cię ku mnie popchnęło. Weź głęboki oddech.
Zacznę od tego, że kocham Cię tak bardzo i żarliwie, jak jeszcze nigdy nikogo w moim życiu nie kochałem, i jeśli Cię to zdumiewa, to wiedz, że mnie również. Oczywiście nie dlatego, że nie jesteś warta miłości. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, że, po pierwsze, przysięgałem sobie już nigdy nie związać się z żadną kobietą. Po drugie, nigdy wcześniej tak się nie czułem i niemal mnie to przeraża. Po trzecie, nigdy nie pomyślałbym, że drugi człowiek może tak bardzo zajmować mi myśli na jawie i we śnie, że nie ma w nich już prawie miejsca na nic innego. Po czwarte, nigdy nie sądziłem, że człowiek - nawet zakochany - może zatracić się w kimś tak bardzo, że każda minuta rozłąki wydaje mu się trwać tysiąc lat. Po piąte, nigdy nie sądziłem ani nie marzyłem, że można w drugiej osobie znaleźć wszystko, czego się pragnie. Nie byłem na tyle głupi, aby wierzyć, że to możliwe. A jednak znalazłem w Tobie wszystko, czego pragnę: jesteś piękna, wesoła, szczodra, delikatna, absurdalnie i rozkosznie kobieca, seksowna, cudownie inteligentna i równie cudownie nierozsądna. Nie pragnę w tym życiu niczego poza tym, aby być z Tobą, słuchać Cię i oglądać (słuchać Twojego ślicznego głosu i oglądać Twoje piękno), kłócić się z Tobą, śmiać się z Tobą, pokazywać Ci rzeczy i się nimi z Tobą dzielić, poznawać Twój imponujący umysł, poznawać Twoje cudowne ciało, pomagać Ci, chronić Cię, służyć Ci i walić Cię po głowie, kiedy uznam, że się mylisz... Szczerze mówiąc, uważam, że oprócz mitologicznych bohaterów jestem jedynym człowiekiem, który znalazł garniec złota na końcu tęczy.
Przeanalizujmy jednak to wszystko szczegółowo. Nie rozpowiadaj tego publicznie, ale... no cóż, mam swoje wady. Wyjaśniam od razu, że drobne. Mam na przykład skłonności apodyktyczne. Zawsze kieruję się jak najlepszymi pobudkami (wszyscy tyrani tak twierdzą), ale to prawda, że dominuję nad ludźmi (robiąc to niejako automatycznie). Musisz mi powiedzieć, kochanie, kiedy mi się to przydarzy, bo w małżeństwie jest to bardzo złe.
Dobrze. Druga wada. Jest to właściwie nie tyle wada charakteru, co wada okoliczności. Kochanie, chcę, żebyś miała własne prawa, i zrobię wszystko, żeby Ci w tym pomóc. Musisz jednak wziąć pod uwagę, że ja również mam swoje prawa i że są one wobec Twoich nadrzędne... Chodzi mi o to, żebyś nie czuła się urażona, jeśli czasami będziesz traktowana jako po prostu moja żona. Pamiętaj, że nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło. Jestem jednak na świecie uznaną "figurą", dlatego też, przy niektórych okazjach, będziesz musiała pozostawać w moim cieniu. Wcale mnie to nie cieszy, ale jest to niestety fakt, który trzeba mieć na uwadze.
Trzecia wada (najważniejsza i najbardziej paskudna): zazdrość. Podejrzewam, że nie wiesz (dzięki Bogu), czym jest zazdrość w pełnym znaczeniu tego słowa. Wiem, że byłaś zazdrosna o żonę i dziecko Lincolna, ale coś takiego nazywam normalną zazdrością, natomiast to, co ja odczuwam, jest - niestety - czymś innym. To czarny potwór, który potrafi wypaczyć mój rozsądek, mój nastrój i moją dobroć. Jestem jak doktor Jekyll i pan Hyde... Mój Hyde jest silniejszy niż mój zdrowy rozsądek i pokonuje mnie niezależnie od tego, jak zaciekle z nim walczę. Jak już Ci kiedyś wspominałem, zawsze wiedziałem, że to we mnie drzemie, ale mogłem to kontrolować, a mój potwór spał i nic go nie budziło. A potem poznałem Ciebie i potwór drgnął, rozbudzając się częściowo, kiedy opowiedziałaś mi o Lincolnie i o innych mężczyznach, których znałaś, a po Twoim liście wypełzł z legowiska - czarny, irracjonalny, zajadły, głupi, zły i wrogi. Nigdy się nie dowiesz, jak bardzo niszcząca jest taka zazdrość - objawia się fizycznym bólem, jakbyś wypiła kwas lub połknęła rozżarzone do czerwoności węgle. To najgorsze uczucie z możliwych. Nie można jednak nic na nie poradzić - przynajmniej ja nie mogę, a wierz mi, że próbowałem. Nie chcę żadnych Twoich byłych w kościele, kiedy będę się z Tobą żenił. Na dzień naszego ślubu pragnę wyłącznie szczęścia, zarówno dla Ciebie, jak i dla mnie, a wiem, że go nie zaznam, jeśli kościół pełen będzie twoich byłych mężczyzn. Kiedy się z Tobą ożenię, nie będę miał przeszłości, jedynie przyszłość: nie chcę wciągać w przyszłość tego, co było, i nie chcę też, żebyś Ty to robiła. Pamiętaj, że jestem o Ciebie zazdrosny, ponieważ Cię kocham. Człowiek nigdy nie jest zazdrosny o coś, na czym mu nie zależy. Okej, wystarczy już o tej zazdrości.
A teraz pozwól, że coś Ci powiem... Widziałem na ziemi tysiąc wschodów i zachodów słońca zalewających góry i lasy światłem w barwie miodu. Widziałem też tysiąc wschodów i zachodów na morzu, gdzie przypominały one krwistoczerwoną, wielobarwną sieć chmur wynurzających się z bezkresnych wód i w nich niknących. Widziałem tysiąc księżyców: księżyce w pełni, przypominające złote monety, księżyce zimowe, białe niczym czapy śniegu, i te w nowiu, które wyglądały jak pióra maleńkich łabędzi.
Widziałem morza tak gładkie, jakby namalowano je na płótnie, jedwabiste, niebieskie niczym zimorodek, przezroczyste jak szkło lub czarne i pomarszczone pianą, ociężale i morderczo rozedrgane.
Odczuwałem na skórze wiatry wiejące prosto z bieguna południowego, zimne i wyjące niczym zagubione dziecko; wiatry delikatne i ciepłe niczym oddech kochanka, wiatry niosące ze sobą cierpką woń soli i martwych alg, wiatry o bogatym zapachu leśnego poszycia i milionów kwiatów. Silne wiatry burzące morze niczym drożdże i wiatry, które sprawiają, że woda muska brzegi niczym kociak.
Poznałem ciszę: zimną, ziemską ciszę na dnie świeżo wykopanej studni; nieubłaganą, kamienną ciszę głębokiej jaskini; gorącą, narkotyczną ciszę tej pory dnia, kiedy wszystko ustaje zaczarowane promieniami słońca, oraz ciszę nastającą po zakończeniu wielkiego muzycznego utworu.
Słyszałem letni śpiew cykad tak głośny, że dźwięk wydawał się przenikać człowieka do kości. Słyszałem symfonie rzekotek skomplikowane jak utwory Bacha i wykonywane w lesie oświetlanym milionami szmaragdowych świetlików. Słyszałem płynącą nad szarymi lodowcami mowę papug kea, które posuwały się wolno w stronę morza, użalając się sobie nawzajem niczym starzy ludzie. Słyszałem kotiki zwyczajne, których śpiew godowy, skierowany do ich lśniących, złocistych żon przypominał ochrypłe okrzyki ulicznych sprzedawców, a także szorstkie, ostrzegawcze staccato grzechotnika, pisk nietoperza i niski ryk jelenia szlachetnego, zanurzonego po kolana w fioletowym morzu wrzosów. Słyszałem wilki wyjące do zimowego księżyca i wyjce, swoimi wrzaskami wprawiające las w drżenie. Słyszałem piski, pomruki i stęknięcia wielobarwnych ryb żyjących w rafach koralowych.
Widziałem kolibry brzęczące jak bąki i lśniące niczym opale wokół kwitnącego purpurowo drzewa. Widziałem latające ryby pędzące przez błękitne fale i rysujące ogonami srebrne linie na powierzchni wody. Widziałem migrujące warzęchy, które tworzyły na niebie szkarłatną flagę. Widziałem czarne jak smoła wieloryby rozpostarte na chabrowym morzu i wypuszczające fontanny z każdym oddechem. Widziałem przepoczwarzające się motyle, które drżały w słońcu rozprostowującym ich skrzydła. Widziałem tygrysy w kolorze płomieni kopulujące w wysokich trawach. Przeżyłem bombardowanie wściekłych kruków, czarnych i lśniących jak diabelskie racice. Leżałem w wodzie ciepłej jak mleko i miękkiej jak jedwab, podczas gdy wokół mnie dokazywało stado delfinów. Spotkałem tysiąc zwierząt i widziałem tysiąc cudów... ale -
Wszystko to zrobiłem bez Ciebie. I to jest moja strata.
Chcę zrobić to wszystko z Tobą. To będzie mój zysk.
Wszystko to chętnie zapomniałbym w zamian za minutę Twojego towarzystwa, za Twój śmiech, Twój głos, Twoje oczy, włosy, usta, ciało i przede wszystkim Twój słodki, nieustannie zaskakujący mnie umysł, to czarodziejskie źródło, z którego mam zaszczyt czerpać.



Listy niezapomniane. Tom II
 
 

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi